Kategorie

17.01.2018

Zimowe ultraroztocze

Przegapiłam, zupełnie zapomniałam, ale jeden z czytelników mi przypomniał.   To już 9 lat od kiedy ten blog istnieje.  Przepisu żadnego nie mam, bo zdjęć nie robię, ale mam za to wspomnienie o cudownym biegu.  Biegu, który pomimo zimowej nazwy, był bardzo, ale to bardzo jesienny.




6 stycznia, 6 rano, 6 stopni na termometrze, a ja stoję na przystanku i czekam na Kamila i Asię.  Razem jedziemy w okolice Szczebrzeszyna na Połówkę Chrząszcza, czyli jeden z biegów w ramach pierwszej edycji Zimowego Roztocza.  Jadę prawie nie przygotowana.  Biegam w miarę regularnie, ale długich wybiegań nie robię, bo nie mam kiedy.  Biegam do 10 km i to zazwyczaj z psem. Wiem jednak, że te bieg jest mi bardzo potrzebny.  Bardzo, bo trzeba przewietrzyć głowę, pobiegać na łonie natury, a nie po kostce, trzeba się mocno zmęczyć.
Dojeżdżamy na miejsce około 8.  Wszędzie widać błoto i pomimo dość wysokiej jak na styczeń temperatury, jest nieprzyjemnie.  Wszędzie czuć wilgoć i trochę wieje.  Opatulona odbieram pakiet i wracamy do samochodu.  Nie bardzo damy radę czekać na dworze bo jest za zimno.  Przed 9 szykujemy się do biegu i idziemy na odprawę biegu ultra.  Teoretycznie wiem już co mnie czeka.  Zjadam jeszcze szybko kanapkę z dżemem pomimo tego, że jeszcze czuję poranną jaglankę mocy.  Stajemy na starcie i słyszę od jakiegoś pana: "Powodzenia Karolinka."  Kto to?  Skąd on wie jak się nazywam? Nie pamiętam, nie kojarzę twarzy, a pamięć do twarzy raczej mam.


Ruszamy.  Pierwsze metry po asfalcie. Aśka wyrwała, a ja gonię za nią.  Na szczęście nie trwało to długo, bo już za chwilę ostre podejście na pierwszą górkę.  Oj, bardzo ostre.  Z mapki na numerze startowym wynika, że to najgorsze co nas czeka na tej trasie.  Podchodzi mi się nawet dobrze.  Nie mam kijków, ale czuję, że tylko by mi tutaj przeszkadzały.  Na górze czekam na Asię i biegniemy dalej.  Jest bardzo przyjemnie.  Coraz więcej błota, coraz mniej ludzi.  Wyprzedzają nas 3 dziewczyny i wiemy już, że za nami już tylko jedna.  To nic.  Zupełnie mi to nie przeszkadza.  Biegniemy po leśnych ścieżkach, po polu pełnym błota (no dobra, tutaj nie biegniemy, bo się nie da).  Słychać tylko chlupotm spod butów, które nie są już czarne, a brązowe i do tego podeszwa z rozmiaru 39 ewoluowała do rozmiaru przynajmniej 41.  Nikogo przed nami, nikogo za nami, ale za to biegnie mi się bardzo dobrze.  W przeciwieństwie do MaguRuna, gdzie początek to była walka, tutaj endorfiny już od początku buzują.  Czuję, że decyzja o biegu, była bardzo dobra.  Gdzieś po drodze wbiegamy do bunkra.  Przy wyjściu nie mamy pojęcia gdzie iść dalej.  Niewiele brakowało, a zbiegłabym w dół, po błocie.  Na szczęście pojawiają się inni biegacze i pokazuję dobrą drogę.  Pod górę, między kłującymi krzakami.  To było jedyne miejsce gdzie miałam wątpliwości gdzie biec dalej.   W każdym innym miejscu trasa była oznaczona idealnie.  W zasięgu wzroku miałam przynajmniej 2 szarfy.  Nie można było się zgubić.  
Po pierwszej godzinie zaczynamy się zastanawiać, czy zmieścimy się w limicie. W pewnym momencie wyprzedza nas chłopak z następnego biegu, który startował 15 minut później.  Zaraz po nim jeszcze jeden, a potem dziewczyna.  Na koniec wyprzedza nas jeszcze  jeden zawodnik.  Kilka słów zamienionych, wzajemne wspieranie się i oni znikają.  My z Asią biegniemy dalej.  Asia, która dwa dni wcześniej zrobiła mocny trening, czuje mocno nogi.  Mówi, że źle jej się biegnie.  Staram się mieć ją w zasięgu wzroku, ale gdzieś na 12 kilometrze, podczas zbiegu dostaję skrzydeł i lecę.  Już jej nie widzę, nie słyszę. Trochę mi głupio, ale wiem, że strasznie zmęczy mnie wolny bieg (dziwnie brzmi, prawda?). Przy ostatnim podejściu na dużej pętli krzyczę do Asi i gdzieś z oddali słyszę jak mi odpowiada.  Czyli nie jest daleko, to dobrze.  Słyszę już bębny, który grają przy mecie, pędzę.  Do punktu żywieniowego wpadam z uśmiechem na twarzy.  16 kilometrów za mną.  Chwytam kubek gorącej herbaty i nie wiem dlaczego nic nie jem. Kilka słów z organizatorami i wolontariuszami, którzy śmieją się, że jakaś czysta jestem.  Jestem, bo ani razu się nie przewróciłam i bardzo byłam z tego dumna. 




Szybko wybiegam na krótszą pętlę.  Podczas zapisów była informacja, że będzie miała 6 km, na numerze startowym jest 7,5, a na punkcie była informacja o 10. Ile jest naprawdę?  Mam nadzieję, że jednak te 6.  Po kilkudziesięciu (chyba) metrach wbiegamy do stodoły, w której grają bębny.  Niesamowite wrażenie, aż szkoda biec dalej. Tuż za stodołą spotykam dziewczynę z biegu ultra.  Chwilę rozmawiamy.  Wyprzedzam ją i słyszę, że dostałam smsa.  Wyjmuję telefon i widzę, że to wiadomość od męża i w tym momencie leżę pierwszy raz w błocie.  Chce mi się śmiać.  Dziewczyna z tyłu pyta czy wszystko OK.  Oczywiście, że OK.  Wstaję, ocieram w liście ubłocone ręce i idę dalej.  Chwilę dalej kolejna dziewczyna z ultra.  Widzę, że coś jest nie tak.  Boli ją kolano.  Radzę, żeby wróciła, bo wiem czym to się może skończyć, ale ona idzie dalej.  Życzę powodzenia i biegnę dalej.



Ta pętla bardziej płaska, ale też bardziej błotnista. W wielu miejscach nie mogę biec, bo boję się, żeby nie zrobić sobie krzywdy.  Na tej pętli robię też jeden wielki błąd.  Nie zjadam trzeciego żelka.  Miałam trochę nadzieję, że ta pętla to jednak te 6 km.  Jak się jednak okazało tak nie było.  Nawet jedna z kartek motywacyjnych, które były przyczepione na drzewach brzmiała tak: 9 km, a miło być 6.  Gdzieś na 5 - 6 km tej pętli zaczynam czuć kolana.  Jak idę jest w porządku, jak biegnę trochę bolą.  Z tego powodu ta pętla to bardziej marszobieg niż bieg.  Mimo wszystko jest cudownie.  Błoto, śpiewające ptaki, przewietrzona głowa i jest pięknie. W oddali widzę samochody.  Do mety już parę metrów. Wbiegam na metę po 3 godzinach i 41 minutach.  Zmieściłam się w limicie.  
Tuż za metą znowu pan, który zwracał się do mnie po imieniu przed startem.  Pyta jak się biegło.  Ja pytam skąd się znamy.  Co się okazuje?  To organizator Ultramaratonu Magurskiego.  Kojarzy mnie z powodu mojej wygranej w konkursie.
Po chwili wbiega też Asia.  Co się okazuje?  Ponieważ dziewczyn było aż 6, byłyśmy w czołówce w kategorii wiekowej. Nieźle, prawda?  Ledwo zmieścić się w limicie i dostać piękne statuetki.
Po biegu zjadłyśmy bigos i popiłyśmy świetną herbatką ze śliwowicą. A i była też przepyszna szarlotka.
Bieg zorganizowany wyśmienicie (z jednym malutkim wyjątkiem - nie było gdzie się przebrać po biegu.  Ja tutaj przesyłam ogromne podziękowania dla Darka).  Jeżeli będzie kolejna zimowa edycja, to ja się piszę, bo wiosenna pokrywa mi się z innym biegiem, ale o tym kiedy indziej.

2 komentarze:

  1. Karolina, świetna relacja, nie mogłam się oderwać ��
    Gratuluję ukończonego o czasie biegu. Podziwiam Cię, że lubisz bieganie w takich trudnych warunkach. W sumie do czyszczenia głowy to i mi by się przydało ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu jeszcze trochę i Ty polubisz. Zobaczysz.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.