Kategorie

30.12.2016

Ponarzekajmy na ten 2016

Tyle było planów.  Miało być minimum 1000 przebiegniętych kilometrów, miał być pierwszy maraton, miało być tyle przeczytanych książek, tyle wpisów na bloga.  A co było?
 
Początek całkiem niezły. Treningi do marca szły przyzwoicie, może nie idealnie, ale nie ma co się skarżyć.  Potem pechowy półmaraton i wszystkie plany w gruzach.  Wszystkie bez wyjątku, bo nawet książek nie chciało się wtedy czytać, a gotować nie było jak.  O bieganiu trzeba było zapomnieć na minimum 2 miesiące.





Do tego jeszcze córka złamała rękę, potem syn skręcił kostkę.  Kiedy już wszyscy poleczyliśmy kontuzje, to w ostatnim dniu wakacji córa znowu złamała 3 palce.  Wystarczy już pecha, co?  Narzekamy dalej?
Zmarł George Michael na którego koncert nie dane mi było pójść, a chciałam.  No generalnie cały rok do niczego, prawda?
A właśnie, że nie.  Bo przecież nie było wcale tak źle.  To był naprawdę dobry rok, pomimo wszystko. Dzieciaki miały tylko połamane ręce, poskręcane kostki.  Nic fajnego, ale przecież zrośnie się, poćwiczy i nie będzie śladu.  Moja kontuzja?  No cóż, chyba sobie sama na nią zapracowałam.  Nauczyłam się dzięki niej dużo i mam nadzieję, że już nie popełnię drugi raz takiego błędu.  Znowu trenuję, ale teraz na spokojnie, bardziej z głową, bardziej całościowo (chociaż wiem, że nie jest idealnie).
Pomimo kontuzji przebiegłam w tym roku tylko/aż 657 km , z rowerem i pieszymi wycieczkami jest ich 998 (te dwa i tak były, chociażby na treningach na sali).  I co?  Czy jestem gorsza niż rok temu?  Może jeszcze trochę wolniejsza, ale za to mądrzejsza.  Wychodzi na jedno.
W końcu to był rok, kiedy stanęłam pierwszy (i pewnie ostatni) raz na podium.  Warto było?  Pewnie, że warto.  Niezapomniane uczucie.  To był rok w którym poznałam mnóstwo świetnych ludzi, głównie biegających. 
A syn pomimo skręconej kostki ukończył wymarzony triathlon i to jeszcze w jakim stylu go ukończył.  Dostał się do wymarzonej klasy.
Córa nareszcie pokochała pływanie, sporo czyta, rysuje, maluje, lepi i chyba to lubi.   Ba, od czasu do czasu wychodzi z psem pobiegać.  Trzeba przecież potrenować przed następnym City Trail.

Blogowo niby słabo, bo wpisów tylko 78.  Porównując z rekordowym 2014 rokiem - 320, słabizna.  Jednak nareszcie zebrałam się na odwagę i przeniosłam bloga w bardziej przyjazne miejsce i dobrze mi z tym.  Dobrze mi z tym, że wiem, że nie muszę.  Piszę jak chcę i kiedy chcę.  Jak nie chcę, to nie piszę i już.

A książki?  Nie zapisywałam się na wyzywanie z 52 książkami, bo wiedziałam, że i tak nie dam rady.  Chciałam zobaczyć czy dam radę przeczytać 26.  Przeczytałam 28.  Niby dużo, niby mało, ale to ponad książka na 2 tygodnie.  Nie jest źle.  Naprawdę.

Następny rok też nie będzie zły.  Mocno w to wierzę i Wy też uwierzcie.  Tego właśnie Wam życzę na ten Nowy Rok.