Kategorie

15.02.2017

Trzecia (nocna) Dycha do Maratonu- 11.02.2016

Muszę przyznać, że trochę bałam się tej dychy.  Najpierw plany był bardzo ambitne, potem styczniowa aura trochę je zweryfikowała.  Kiedy zobaczyłam trasę, którą mieliśmy biec załamałam się.  Pierwsze sześć kilometrów przerażało.  Potem niby już łatwo, ale byłam pewna, że sił już nie będzie. Jak mają być, skoro pokonam trzy długie lub ostre, lub długie i ostre podbiegi.  Do tego jeszcze mróz.  Dlatego na start jechałam z założeniem 55 minut.
Przed startem zdjęcie z treningu OWM z drużyną i wspólna rozgrzewka z Dorotą.  Potem przejście na start i wspólna fota z Run_Helpersami.  Tak się złożyło, że stało nas trochę koło siebie, pomimo tego, że mieliśmy trzy różne strefy czasowe na numerkach.





Start z lekkim opóźnieniem i ruszyliśmy.  Pierwszy kilometr, a mi zamarza broda.  Do tego widzę, że trochę za szybko, bo 5:20.   Nie będzie siły na później, nie będzie.  Pierwszy podbieg i nie jest źle.  No, ale to dopiero drugi kilometr, to nie może być jeszcze źle.  Na zakręcie w Głęboką Zdolny ale Leniwy a do tego schorowany kibicuje.  Wiadomo, że jak się zobaczy kogoś znajomego to się lepiej biegnie.  No to leciałam,  spokojnie, luźno, po przecież płasko.  Dobiega do mnie Darek, który byłam przekonana jest gdzieś z przodu.  Zaraz pojawia się też Berta, która też według moich założeń powinna być gdzieś z przodu (zresztą finalnie była).  A tu za chwilę ten najdłuższy podbieg.  Skracam kroki, tak jak mówiła Basia i lecę.  Nie jest tak źle, nawet kogoś wyprzedzam.  Darek biegnie obok, trzy kroki przede mną Asia.  Zupełnie jak rok temu.  Tylko but tym razem rozwiązuje się Bercie, a nie mi.
Pod koniec podbiegu zauważam na chodniku kibicującego Karola, który zagrzewa do walki i nareszcie płasko.  Kamień z serca, nie było aż tak źle.  Teraz trochę po płaskim, potem skręt i zbieg Wileńską.  Biegnę dość szybko, bo tak mi dobrze.  Tuż za piątym kilometrem chwytam kubek z wodą od wolontariuszy i nie wiem dlaczego jestem zdziwiona, że w kubku głównie lód.  Dziwne przy około -8, prawda?  No nic, łykam odrobinę i biegnę dalej.
Już go widzę.  Podbieg na Pagi.  Berta gdzieś z przodu, widzę też Dorotkę z treningów, Asia niedaleko.  Nie wiem gdzie Darek.  Chyba gdzieś go na tym zbiegu zgubiłam.  Znowu drobię kroczki i powolutku do przodu.  W końcu skręcamy w Racławickie.  Buzia uśmiechnięta, bo przecież już nie będzie pod górkę, no i tylko 4 km przede mną.  Tempo na zegarku 4:50.  Ładnie, tylko czy nie za szybko, czy będzie siły na te cztery kilometry?  Ale jak tu zwolnić, jak nogi niosą, buzia się śmieje, a Asia tuż obok.  No i tak biegłyśmy.  Czas cały czas równy.  Dobrze jest.  Skręt w prawo i za chwilę już Narutowicza.  Teraz już tylko z górki.  A jak jest z górki, to się leci.   Tak się dobrze leciało, że dziewiąty kilometr wyszedł w tempie 4:35.  Nie sądziłam, że umiem tak szybko biegać.  Naprawdę.  Ostatnie metry na trasie.  Czuję już zmęczenie, ale nie zwalniam (przynajmniej tak mi się wydawało).  Asia tuż za mną, nikogo więcej nie widzę, no może poza Zdolnym ale Leniwym, który znowu kibicuje, tym razem przy samym finiszu.  Zegarek melduje 10 km, a tu jeszcze kilkanaście metrów.  Wbiegam i o dziwo 51:09 (z zegarka 51:10).  Czyli jest oficjalna życiówka (rok temu nie było wyników netto).  Czas podobny do tego sprzed roku.  Nie wierzę, że się udało.  4 minuty szybciej niż planowałam, 2 minuty szybciej niż na drugiej dyszce.  Forma wraca.  Opłaca się dużo biegać, robić przebieżki, podbiegi czy chodzić na salę na ćwiczenia z Basią.
Powiem tylko, że musiałam biec mocno, bo w niedzielę łydki ledwo żyły.  Schodzenie po schodach nie przychodziło z łatwością.  Chwila na regenerację i znowu do walki.
Wielkie dzięki dla Bogdana, który mnie zabrał ze sobą na bieg, poczekał, aż zjem pyszną zupkę z soczewicą, którą serwowali po biegu i odwiózł bezpiecznie do domu.
A tutaj zdjęcie już po biegu od RunVenture - Biegowa Przygoda.  



EDIT:  Zupełnie zapomniałam napisać o najważniejszym.  Mocy na biegu dodawała Jaglanka Mocy.  Kolejny raz upewniam się, że działa.  Tym razem zamiast gruszki było mango.