Ostatnie dni oficjalnej zimy lub pierwsze wiosny miały rozpocząć się
na biegowo. Półmaraton w Puławach traktowałam jako długie wybieganie
przed majowym maratonem i sprawdzenie jak to mi się teraz biega.
Na
zawody pojechałam z Darkiem i Michałem (z drużyny Run_Helpers).
Ponieważ Darek był tak dobry i dzień wcześniej odebrał nasze pakiety,
ominęło nas długie stanie po ich odbiór. Zdążyliśmy przed startem wypić
ciepłą herbatę (bo było zimno, chociaż słonecznie), trochę potruchtać i
wziąć udział we wspólnej rozgrzewce. Stanęliśmy na starcie. Michał
bardziej z przodu, bo celował w około 1:50, a ja z Darkiem nieco z
tyłu. Strzał i pobiegliśmy. Jeszcze na pierwszym kilometrze
zobaczyliśmy Asię i Adama i od tej pory biegliśmy we czwórkę. Uśmiechy,
żarty, robiło się coraz cieplej. Trzeba było zdjąć rękawiczki, a czapkę
zamienić na buffa i było dobrze. Trasa płaska, z niewielkimi
podbiegami i zbiegami na wał co kilka kilometrów. O ile te kilkumetrowe
podbiegi nie sprawiały mi kłopotu, to na zbiegach zaczynałam czuć
kolano; delikatnie, ale jednak. Około 5 km dołączył do nas pan.
60-latek, który rok temu przebiegł lubelski maraton i w tym roku
planował przebiec go ponownie. Okazało się, że Nocną Dychę pokonaliśmy
mniej więcej w tym samym czasie. Wielki podziw i szacunek dla Pana.