18.04.2017

Czwarta Dycha do Maratonu

Trochę czasu już od ostatniej dychy upłynęło, ale wcześniej nie było jak i kiedy.  Zresztą ostatnio jakoś generalnie nie ma kiedy.  Obiecuję jednak, że w najbliższym czasie pojawią się też nowe przepisy.  Zdjęcia są, trzeba je tylko obrobić i na pewno niedługo coś słodkiego i coś wytrawnego się pojawi.  A teraz wracamy do biegania.

Zdjęcie Dominika Żurowicz




Po trzeciej, nocnej dyszce przez dłuższy czas pobolewała mnie prawa łydka.  Raz było lepiej, potem znowu gorzej.  Czasami nawet na tyle źle, że podczas biegu kuśtykałam.  Skończyło się na dwóch wizytach i fizjo i tygodniowej przerwie w bieganiu.  Ominął mnie zaplanowany półmaraton, ale łydka odpuściła i znowu zaczęłam biegać.  Musiałam jednak przez pewien czas zapomnieć o szybszych akcentach, bo wtedy łydka znowu dawała o sobie znać. Treningi, jeżeli tak je można nazwać, polegały więc na powolnym klepaniu kilometrów.  Cały czas chodziłam na niedzielne treningi do OWM w naszym mieście, biegałam długie wybiegania i dosłownie dwa razy zrobiłam mocniejsze akcenty.  Kiedy przyszedł dzień startu nie bardzo miałam pomysł co zrobić z tym biegiem.  Wiedziałam tylko jedno - nie mogę bić bardzo szybko, a raczej nie chcę, ze względu na nogę.  Nie bolało, ale nie chciałam,żeby łydka znowu się popsuła.

Podczas ostatniej dychy Lubelski Biegacz i jego podopieczni obstawiali pacemakerów, pierwszy raz w historii lubelskich dych.  Kolega Darek biegł na 55 minut.   Przez dłuższy czas planowałam biec razem z nim, bez spiny, bez wysiłku, po prostu biec.  Po rozgrzewce w ramach ostatniego treningu w ramach OWM poszłam  nawet w te rejony, zamieniłam kilka słów z Darkiem i w ostatniej chwili podjęłam decyzję, że tempo 5:30 będzie dla mnie jednak zbyt wolne.  Nie zamierzałam biec szybko, ale w tym tempie biegłam pierwszą dychę w tym sezonie zaraz po kontuzji.  Przeszłam bliżej linii startu i ustawiłam się tak, aby widzieć zająca na 50, ale być jednak od niego w pewnej odległości.  Start i prawie 1700 osób wyruszyło.  W ostatniej chwili postanowiłam, że będę się starać utrzymywać tempo 5:10 - 5:20.  Biegłam więc sama, w miarę równo, bez większego wysiłku, ale też nie całkiem na luzaka.  Wyprzedziłam kilka znajomych osób, kilkadziesiąt innych wyprzedzało mnie.  Pogoda nawet dopisała.  Początkowo wyglądało na to, że będzie chłodno i bez słońca.  Jednak im dalej, tym robiło się cieplej, a słońce wychodziło zza chmur.  Co zerkałam na zegarek, widziałam,że zakładane tempo jakoś samo się utrzymuje.  Jak się jednak okazało adrenalina zrobiła swoje i ostatni kilometr przyspieszyłam.  Nie było tak spektakularnie jak podczas trzeciej dychy, ale zeszłam poniżej 5 minut.  Pierwsze 5 kilometrów w czasie 26, a drugie 25:19, czyli wmiarę równo, a mimo wszystko końcówka szybciej.  Okazało się, że ogólny czas wyszedł bardzo zbliżony do ostatniego, tylko 9 sekund wolniej.
Już po był pewien niedosyt, bo te 9 - 10 sekund mogłam spokojnie urwać bez większego wysiłku.  Z drugiej strony osiągnęłam to co planowałam, dobiegłam do mety bez bólu i w naprawdę przyzwoitym jak na mnie czasie.  W lutym byłabym zachwycona, w kwietniu jednak już nie do końca.  Wiem, że plan był bez wyścigu, ale teraz trochę szkoda.  No i jak tu być zadowolonym ;)



Biegłam ten bieg tak, że nie udało mi się załapać tylko na jedno zdjęcie, to od Dominiki.  Na szczęście na mecie Asia Fistasia, która dobiegła ponad minutę wcześniej i połamała 50 minut, uchwyciła mój (i nie tylko mój) grymas na mecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...