30.09.2015

City Trail - 26.09

To był szalony dzień.  Wszystko było ładnie zaplanowane, ale plany to jedno a realizacja to drugie.  Od rana padał deszcz, okropny deszcz.  Trzeba było więc zawieźć syna na wolontariat samochodem, bo kilkunastokilometrowa jazda rowerem w taką pogodę mogła skończyć się tylko chorobą.  Pojechaliśmy na 8, ale przez prawie 50 minut szukaliśmy biura zawodów.  Tak to jest, jak się niezbyt dokładnie przeanalizuje mapkę i zapomni o jednym szczególne - okolice Kempingu Dąbrowa.  Kiedy już dotarliśmy miałam tylko 50 minut na ponowny dojazd do domu, zabranie córki i dotarcie z nią na linię mety. 
Szybka jazda do domu a w międzyczasie telefony do chorego małżonka, żeby spakował dla mnie to co trzeba i wyszykował córę do startu.  Kiedy podjechałyśmy już we dwie na parking do startu kategorii D2 były tylko 2 minuty.  Szybki bieg na start (co oznaczało, że moja 9-latka zamiast 600 m pokona ich prawie drugie tyle), przypinanie numeru startowego (bardzo dziękuję jakiejś pani za podanie agrafek) i wystartowali.  Córa dobiegła na metę wykończona i niezbyt zadowolona.  Dlaczego?  Bo nie miała siły.  Moja wina, wiem.  Trzeba było to jakoś inaczej zaplanować. No nic poprawię się następnym razem.  



Kiedy trwały kolejne starty City Trail Junior, ja przebierałam się w ciuchy biegowe w samochodzie.  Nic fajnego, ale nie było wyjścia.  Deszcz lał nadal, chociaż już trochę mniejszy, córa trochę się nudziła, a ja stanęłam na linii startu.   Pierwsze metry dość ciasne, błoto, kałuże a ja zupełnie nie mogłam wbić się w swój rytm.  Z tego całego zamieszania nie miałam przy sobie telefonu, ani nawet zwykłego zegarka.  Biegłam na wyczucie, nie miałam pojęcia czy szybko (no dobrze wiedziałam, że nie), czy wolno.  Starałam się tylko nie przewrócić i nie skręcić kostki.  Na metę dobiegłam z czasem netto 26:29.  Szybko nie było, ale bieg znowu nauczył mnie pokory.  Jednak przełajówki w deszczu to coś innego niż bieganie po lasach przy ładnej pogodzie. 
Czy mi się podobało?  Oczywiście, że tak.  Czy chcę jeszcze raz?  Oczywiście, że tak.  Powiem więcej.  Córze też się spodobało.  Po pierwszym zniechęceniu szybko zmieniła zdanie.  Spodobał jej się nie tylko bieg, ale też pomoc bratu przy wolontariacie.  Już odliczamy dni do kolejnej edycji.

28.09.2015

Placek ze śliwkami i bezą - Lubelski kociołek X

Na dziesiątą edycję Lubelskiego Kociołka przygotowałam placek ze śliwkami i bezą z książki Pawła Małeckiego "Cukiernia Lidla".  Ciasto banalne w wykonaniu, ale przepyszne.  Zniknęło w jedno popołudnie.
Zajrzyjcie do dziewczyn i zobaczcie co śliwkowego przygotowały : Marta, Gosia, Joanna, Julianna, Edyta, Dorota i Ela.



Składniki:
  • 200 g miękkiego masła
  • 20 g cukru (użyłam domowego waniliowego)
  • 1 opakowanie cukru waniliowego (nie dałam)
  • 6 żółtek
  • 420 g mąki pszennej
  • 4 g proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu wymieszana z 1 opakowaniem cukru waniliowego (dałam domowy)
  • 800 g śliwek węgierek

Beza:
  • 6 białek
  • 200 g cukru


Wykonanie:
Masło utrzeć dodają stopniowo cukier z cukrem waniliowym.  Dodawać po jednym żółtku cały czas ucierając.  Dodać mąkę z proszkiem do pieczenia i wymieszać aż powstanie kruszonka. Odłożyć garść kruszonki.  Blachę (34 x 42 cm  - dałam odrobinę mniejszą) wyłożyć papierem do pieczenia lub posmarować masłem i wysypać mąką.  Do tak przygotowanej blachy wsypać kruszonkę i dokładnie docisnąć.  Na kruszonkę ułożyć umyte, przepołowione i pozbawione pestek śliwki (skórką do ciasta).  Posypać owoce cukrem wymieszanym z cynamonem.
Białka ubić na sztywną pianę pod koniec dodając stopniowo cukier.  Sztywną pianę przełożyć do rękawa cukierniczego i wyłożyć na śliwki formując kratkę.  Na wierzch posypać kruszonkę (szczególnie w miejsca bez bezy). 
Piec w piekarniku nagrzanym do 190 - 200 stopni przez 20 minut (lub z termoobiegiem 180 C)  a następnie zmniejszyć temperaturę do  170 stopni (termoobieg -  160 ) i dopiekać przez 35 minut.



25.09.2015

Pleśniak z jabłkami i śliwkami

Ciasto dzieciństwa, chociaż wtedy jadłam głównie ze śliwkami.  Wiem, że moja mam korzysta z takiego przepisu na ciasto do szarlotki, więc tak naprawdę połączyłam dwa w jedno.   Ciasto idealne na jesień.  Będzie znikać szybko.  Zapewniam.



Składniki:
  • 3 szklanki mąki pszennej
  • 1 1/4 szklanki cukru (można mniej)
  • 5 jaj
  • 250 g masła
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżka kakao
  • 4 - 5 jabłek
  • kilkanaście śliwek
  • 1 łyżeczka cynamonu + 1 - 2 łyżki cukru



Wykonanie:

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia.  Dodać masło i żółtka i całość posiekać.  Dodać około 1/4 szklanki cukru i szybko wyrobić kruche ciasto.  Zawinąć w folię i schłodzić w lodówce.  Następnie ciasto wyjąć i oddzielić około 2/3 ciasta.  Mniejszy kawałek ciasto podzielić na pół i do jednej połowy dodać kakao i dokładnie wyrobić. 
Jabłka obrać, pokroić na kawałki.  Podsmażyć z odrobiną cukru i cynamonu.  Śliwki umyć, przekroić na pół i wyjąc pestki.
Duży kawałek jasnego ciasta wyłożyć na dnie.  Na ciasto wyłożyć jabłka, a na nie połówki śliwek.  Na owoce zetrzeć na grubej tarce jasne ciasto.  Białka ubić na sztywno z cukrem.  Wyłożyć na jasne ciasto.  Na wierzch zetrzeć ciasto z kakao.  Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec około 40 minut.


24.09.2015

Pierwsza Dycha do maratonu - 2015

W ubiegłą niedzielę, 20.09.2015 w Lublinie wystartował kolejny cykl biegów.  Była to moja pierwsza dycha w rodzinnym mieście i drugi bieg w ramach tego cyklu.  Poprzednio biegłam marcową Chęć na Pięć.
Bieg zaczynał się i kończył w jednym z najbardziej znanych miejsc Lublina - pod samym zamkiem.  Sceneria piękna, ale od razu wiadomo było, że będą zbiegi i podbiegi po kocich łbach.  Przyznam, że trochę mnie to przerażało.  Nie bardzo wyobrażałam sobie finisz na takim terenie.   Ale od początku.
Pogoda tego dnia nie dopisywała.  Od rana padał deszcz, a temperatura była w okolicach 15 stopni (to akurat dobrze).   Ponieważ na bieg zapisała się rekordowa liczba osób dość długo zajęło nam parkowanie.  Potem jeszcze długo szukałam namiotu Caritasu (postanowiłam połączyć moją dychę z biegiem Caritasu i zebrać kilka złotych dla dzieciaków.  Tutaj bardzo dziękuję moim sponsorom - mamie i Oli).  Efekt był taki, że nie miałam zbyt dużo czasu na rozgrzewkę, bo na tę grupową się najzwyczajniej spóźniłam.   Jednak postanowiłam się nie poddawać tym bardziej, że akurat nie padał deszcz.
O 11 sygnał do startu i powolutku ruszyliśmy.  Zbieg z zamku był dość wąski, ludzi sporo co oznaczało, że o prawdziwym biegu można było zapomnieć.  Na szczęście tylko na kilkadziesiąt pierwszych metrów.



Potem już szło ładnie.  Trasa prosta, znana mi dobrze, chociaż nie z biegów a z przejażdżek rowerowych.  Już na drugim kilometrze zaczęło padać (genialnie spisała się czapka z daszkiem).  Na DDR przy Bystrzycy widziałam niegroźną kraksę między biegaczem i rowerzystą i  ucieszyłam, że słuchawkę mam tylko w jednym uchu.   Lubię biegać przy muzyce, ale w takim tłumie warto wiedzieć co się dzieje dookoła.
Następnie czekał na nas niezbyt stromy, ale długi podbieg do ulicy Filaretów.  Nie zmęczył mnie za bardzo, chociaż tempo miałam nieco wolniejsze.  Zaraz za podbiegiem ostry zbieg na ulicę Głęboką.  Tutaj biegło mi się szybciutko i lekko.  Wiedziałam, że trzeba to wykorzystać bo za chwilę kolejny, tym razem ostrzejszy podbieg.  Właśnie na ulicy Sowińskiego z radością wspominałam moje wakacyjne podbiegi na 10 % chorwackiej górce.  Kiedy tutaj wydawało mi się, że jest ciężko, samo wspomnienie tamtej górki powodowało, że nogi biegły same.  Kiedy dobiegliśmy do KULu wiedziałam, że to jest moment na przyspieszenie - ostatni płaski fragment, przed brukowym finiszem.  Nie byłam szczególnie zmęczona, więc biegłam.  Teraz wiem, że jednak trochę zbyt zachowawczo, ale nic nie poradzę na to, że ja to jednak zbyt ostrożna jestem.  Deszcz lał się z nieba coraz bardziej, ale jakoś przestało mi to przeszkadzać.  Było nawet lepiej niż przy połówkowych upałach w czerwcu.  Na Starówce bałam się mokrych kocich łbów, ale nie było tak źle.  Kiedy ja biegłam, ludzi nie było za dużo i nikt pod nogi nie wchodził.  Tuż przed Bramą Grodzką wyprzedziła mnie jakaś dziewczyna.  Tak mnie to zdenerwowało, że ostro przyspieszyłam i do samej mety darłam już nieźle.  Na tyle szybko, że zauważył to nawet pan prowadzący ;) 
Co mnie cieszy?  To, że nareszcie udało mi się pokonać drugą połowę szybciej niż pierwszą, że zachowałam siły na ładny finisz i że zrobiłam życiówkę.  Jak dla mnie czas  netto 53:26 jest wymarzony, szczególnie w tych warunkach i na takiej trasie.



22.09.2015

Pizza paprykowa na orkiszowym cieście

Od kilku lat korzystam już tylko z jednego przepisu na ciasto na pizzę.  Tym razem podmieniłam tylko mąkę pszenną na orkiszową z bardzo dobrym skutkiem.  Zastanawiałam się też, czy ajvar sprawdzi się zamiast sosu pomidorowego i muszę przyznać, że sprawdza się bardzo.  Polecam tę typowo jesienną pizzę.



Składniki:
  • 2 papryka (lub po jednej z 2 kolorów)
  • kilka sporych łyżek ajvaru
  • mozzarella

na ciasto:
  • 400 g mąki orkiszowej jasnej
  • 175 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1 łyżeczka drożdży instant lub 3 łyżeczki świeżych
  • 60g oliwy z oliwek
  • 340g - 400g lodowato zimnej wody (dałam ok. 380)
  • łyżeczka soli


Wykonanie:
W misie wymieszać mąki, sól i drożdże.  Dodać oliwę i stopniowo dolewać wody.  Zagniatać ciasto robotem na niskich obrotach przez kilka minut, aż ciasto będzie elastyczne.  Misę przykryć i wstawić do lodówki na noc (ostatecznie ciasto może stać w lodówce tylko kilka godzin lub po prostu od razu wyrastać w cieple).  Gotowe ciasto podzielić na porcje.  Rozwałkować.  Na cieście rozsmarować ajvar.  Posypać papryką pokrojoną w kostkę.  Na wierzchu ułożyć plastry mozzarelli.  Piec w 240 stopniach przez około 10 minut.


19.09.2015

Hummus paprykowy

Jesienna wersja hummusu, który po prostu uwielbiam.  Szkoda, że tylko ja w domu, ale może właśnie dobrze?  Smarowidło doskonałe nie tylko do podjadania z warzywami, ale też na kanapki zamiast wędliny.  Spróbujcie.



Wykonanie:
  • 1 papryka
  • 1 puszka ciecierzycy (lub 250 g ugotowanej)
  • 2 - 4 ząbki czosnku
  • 3 łyżki tahini
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • sól, pieprz
  • oliwa


Wykonanie:
Paprykę umyć, pozbawić nasion i pokroić na kilka części.  Włożyć do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na około 15 minut, aż papryka będzie lekko brązowa na skórce.  Wyjąć z piekarnika i włożyć do woreczka i zamknąć go dokładnie. Wystudzić paprykę.  Kiedy będzie już przestudzona, wyjąć ją z worka i zdjąć skórkę (powinna odchodzić bez problemu).  Obraną paprykę przełożyć do misy blendera i dodać pastę tahini, ciecierzycę, sok z cytryny, zmiażdżony czosnek i całość zmiksować.  Jeżeli potrzeba dolać odrobinę wody (moim zdaniem raczej nie będzie to potrzebne, bo papryka będzie dodawała wilgoci).  Hummus doprawić do smaku.  Przełożyć do naczynia i polać oliwą.

17.09.2015

Baba ghanoush - pasta z bakłażana

Po tym jak posmakowała mi poprzednia pasta z bakłażana, postanowiłam przygotować klasyczną pastę - Baba Ganoush.  Ta również podbiła moje serce i dopóki na bazarku będą pojawiać się bakłażany, dopóty ja będę bakłażanowe pasty robić.  Są idealne na kanapki, np do pracy, czy na kolację z warzywami.



Składniki:
  • 1 bakłażan
  • 3-4 łyżki pasty tahini
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • szczypta mielonego kuminu (kminu rzymskiego)
  • sól
  • natka pietruszki
  • oliwa




Wykonanie:
Bakłażana nakłuć widelcem, owinąć w folię aluminiową i piec w piekarniku w temperaturze 190 stopni przez około kwadrans.  Wyjąć z piekarnika i przestudzić.  Rozkroić bakłażana i widelcem wyjąć miąższ.  Przełożyć go do miski i rozdrobnić widelcem.  Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, pastę tahini, sok z cytryny, kumin i doprawić solą do smaku.  Wymieszać dokładnie. Przełożyć do miski, wyrównać i polać delikatnie oliwą i posypać natką.    Pastę można przechowywać w lodówce przez kilka dni.


14.09.2015

Jesienna granola

Granole najszybciej znikają u mnie wiosną i latem.  Dlaczego?  Dlatego, że zimą czy jesienią mam bardziej ochotę na coś ciepłego.  Jednak taka granola niejednokrotnie ratuje mi życie w pracy, dlatego też zrobiłam ją i teraz.  Jest z typowo jesiennych składników.



Składniki:
  • 350 g płatków owsianych zwykłych
  • 100 g ziaren słonecznika
  • 100 g ziaren dyni
  • 50 g sezamu
  • 50 z siemienia lnianego
  • 50 g orzechów włoskich posiekanych
  • 1 łyżka oleju
  • ok 200 g musu jabłkowego


Wykonanie:
2 - 3 jabłka obrać i zmiksować blenderem na mus.  Odważyć 200 g.  W misce wymieszać płatki, słonecznik, dynię, orzechy, sezam i siemię.  Dolać olej i mus jabłkowy i dokładnie wymieszać.  Wyłożyć na blachę i wstawić do piekarnika nagrzanego do 150 stopni.  Piec przez około 40 - 50 minut, mieszając w międzyczasie 2 razy.  Studzić w uchylonym piekarniku.    Ostudzoną granolę przełożyć do słoja.  


11.09.2015

Pasztet z cukinii

Tym pasztetem poczęstowała mnie moja szwagierka i od razu mi posmakował.  Dlatego natychmiast po przyjeździe do domu zrobiłam swój.  Lekko go odchudziłam, ale bez pogorszenia smaku.  Oryginalny przepis na pasztet pochodzi z bloga Ivka w kuchni, u mnie jest z moimi zmianami.




Składniki:
  • 3 szklanki startej cukinii (2 większe cukinie)
  • 2 średnie marchewki starte na tarce o grubych oczkach
  • 1 3/4 szklanki kaszy manny
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 średnie cebule
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1 łyżka suszonych ziół prowansalskich
  • 1 łyżka suszonego tymianku (dałam świeży)
  • sól, pieprz
  • 3 jajka


Wykonanie:
Obraną cukinię zetrzeć na tarce o grubych oczkach.  Posolić i odstawić, żeby puściła sok.  Następnie lekko odcisnąć, przełożyć na sitko do odsączenia.  Ponownie odcisnąć.   Odmierzyć 3 szklanki.
Cebulę posiekać i zeszklić na odrobinie oleju.  Pod koniec dodać przeciśnięty przez praskę czosnek.  Odstawić do przestudzenia.  Dodać do startej cukinii startą marchewkę, żółtka, olej, kaszę, zioła, przestudzoną cebulę z czosnkiem.  Wymieszać i doprawić do smaku pieprzem (nie polecam dodawania już soli).  Białka ubić na sztywno i delikatnie wymieszać z pozostałą masą. 
Foremkę keksówkę (30 cm) wyłożyć papierem lub posmarować olejem i wysypać bułką tartą. Przełożyć masę i wyrównać formując na środku lekki wzgórek (pasztet podczas stygnięcia lekko zapadnie się na środku).  Wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piec przez około godzinę lub trochę dłużej.  Można pod koniec pieczenia przykryć pasztet folią gdyby za bardzo się rumienił.


09.09.2015

Jak to jest z tym moim bieganiem

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że biegam.  Kilka razy wspomniałam o tym, ale zawsze było to gdzieś przy okazji.  Jednak już od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie myślę, żeby trochę o tym tutaj popisać. 
Jak to się zaczęło?  Zaczęło się od aktywności w ogóle i od zakładu z moim mężem  (pisałam o tym już tutaj). Potem postanowiłam spróbować z bieganiem, bo przecież wszyscy biegali.  Początki były strasznie trudne.  Moje pierwsze bieganie to 2,14 km w prawie kwadrans.  Do tego dwa przystanki.  Pamiętam, że kiedy wróciłam do domu, leżałam przez kilka minut i ciężko dyszałam.  To było w lutym 2014 roku.  Potem powolutku dystanse coraz dłuższe i nieco szybsze tempo.  Zaczęło mi to sprawiać frajdę.  Doskonale pamiętam wielką radość, kiedy pierwszy raz przebiegłam 4 km bez zatrzymywania się, a 3 miesiące po moim pierwszym biegu byłam w stanie przebiec już 7 km.  
Pewnie biegałabym sobie tak po osiedlu czy pobliskich lasach do dzisiaj, gdyby nie Kasia.  To ona namówiła mnie na udział w biegu ulicznym, a nawet przejechała ponad 150 km, żeby pobiec razem ze mną w lubelskim biegu "Chęć na pięć".  Dystans niby tylko 5 km, ale bałam się strasznie.  Nie wiedziałam co mnie czeka, jak biegnie się na zawodach, czy w ogóle dam radę.  Okazało się, że takie biegi to fantastyczne uczucie.  Nie da się tego porównać do zwykłych treningów.  Atmosfera, kibice, wystrzał na starcie, a na mecie medal - to wszystko sprawia, że buzia śmieje się sama.  Te pięć kilometrów pokonałam w czasie netto 26:09, a uśmiech nie schodził z mojej twarzy jeszcze długo. 


 Autor: Jaromir Krzyszczak, zdjęcie udostępnione za zgodą


To wszystko działo się 22 marca 2015 r.  Już miesiąc później pojechałam do Kasi, żeby razem z nią przebiec kolejny bieg.  26 kwietnia w ramach Orlen Warsaw Marathon pobiegłam na dystansie 10 km.  Biegło mi się fantastycznie.  Pierwszy raz biegłam za pacemakerem i odkryłam jak to bardzo pomaga.  W drugiej połowie biegu dostałam jakby skrzydeł.  Nie czułam zupełnie zmęczenia tylko ogromny uśmiech na twarzy i niesamowitą moc w nogach.  Musiałam wyglądać dziwnie kiedy śmiałam się tak sama do siebie.  Mój czas netto to 55:39.  Całkiem nieźle jak na nowicjusza. 
Nie byłabym sobą, gdybym to tak zostawiła.  Na początku czerwca biegłam już półmaraton.  Tym razem ponownie w moim rodzinnym mieście.  Strach ogromny, tym bardziej, że pogoda nie dopisała.  Pomimo tego, że był dopiero 6 czerwca, temperatura była w granicach 25-30 stopni.  Na trasie miałam kilka kryzysów.  Pierwszy już na 9 kilometrze.  Na szczęście przeszedł tuż za pierwszą kurtyną wodną.  Potem biegłam ramię w ramię z jakimś chłopakiem i zupełnie jak podczas biegu za pacemakerem biegło mi się bardzo dobrze.  Niestety w okolicy 15 km kolega przyspieszył, a mnie złapał kolejny kryzys.  Wtedy pojawił się rowerzysta w butelką wody i znowu jakoś poszło.  Przy 19 km musiałam kolejny raz przez chwilę się przespacerować, ale po 2 godzinach, 1 minucie i 57 sekundach od startu, na mojej szyi zawisł medal, a na twarzy znowu gościł ogromny uśmiech.



Co dalej?  Po półmaratonie nastąpiła mała przerwa od biegów ulicznych, ale nie od treningów.  Najbliższy bieg to Pierwsza Dycha do Maratonu już 20 września.  A długofalowo?   Tak, tak.  Zapisałam się na pierwszy maraton.

08.09.2015

Ciasto ucierane ze śliwkami

Ile można zrobić ciast ucieranych?  U nas w domu tysiące.  Na blogu jest chyba najwięcej przepisów właśnie na tego typu ciasto.  Dzisiaj kolejny, tym razem ze starej książki kucharskiej koła gospodyń.  Ciasto genialne.
Zajrzyjcie do Edytki, która pokazuje u siebie niemalże identyczne ciasto.  Nie umawiałyśmy się na wspólne pieczenie, ale zupełnie przez przypadek nam wyszło.  Nieźle, prawda?




Składniki:
  • 1 1/2 szklanki mąki
  • 130 g masła
  • szklanka cukru (dałam niepełną)
  • 3 jajka
  • 3 łyżki mleka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • ok. 500 g śliwek


Wykonanie:
Tortownicę (24 cm) wyłożyć na dnie papierem do pieczenia.  Piekarnik rozgrzać do 180 stopni.
Masło utrzeć na puch z cukrem.  Dodawać po 1 żółtku i dalej ucierać.  Dodać przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia oraz mleko.  Utrzeć do wymieszania składników.  Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie połączyć z ciastem.  Przełożyć do przygotowanej formy.  Na wierzchu ułożyć ciasno umyte, przepołowione śliwki.  Piec przez około 50 minut (do suchego patyczka).  Po upieczeniu można posypać cukrem pudrem.



04.09.2015

Pasta z bakłażanów

Kilka lat temu Małgosia pokazała u siebie dżem z bakłażanów.  Od razu wiedziałam, że mi posmakuje.  Niestety nie zrobiłam go od razu.  Dlaczego?  A któż to wie.  Dopiero teraz, kiedy zostało mi pół pieczonego bakłażana z ajvaru postanowiłam, że dżem przygotuję.  Trochę musiałam pozmieniać wykonanie, gdyż w oryginale bakłażan był smażony.  Okazało się, że dżem bezproblemowy, a niezwykle smaczny.  Do kanapek i nie tylko. Będę powtarzać na pewno.



Składniki:
  • 1 bakłażan
  • 2 pomidory
  • 1 cebula
  • sól, pieprz
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • odrobina ostrej papryki
  • olej


Wykonanie:
Bakłażana nakłuć widelcem i upiec w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni, aż będzie miękki.  Wyjąć i ostudzić.  Przekroić na pół i wyjąć miąższ.  Pomidory sparzyć i zdjąć z nich skórkę.  Cebulę posiekać i zeszklić na odrobinie oleju.  Dodać pokrojone pomidory i smażyć przez kilkanaście minut, aż odparuje cały płyn.  Gotowe pomidory zmiksować z bakłażanem.  Doprawić do smaku.  Przełożyć do słoika i odstawić do lodówki.


01.09.2015

Ajvar

Pierwszy raz jadłam ajvar od znajomej kilka lat temu. Nie wiedziałam wtedy co to jest, ale od razu mi posmakował.  Jest idealny do mięsa, na kanapki, czy zapiekanki.  Spisuje się też doskonale jako dodatek do warzyw.  W tym roku przywiozłam sobie słoiczek ostrego ajvaru z Chorwacji, przyznam, że wersja słodka nie do końca do mnie przemówiła.  Ponieważ jeden słoiczek to zdecydowanie za mało postanowiłam dorobić resztę sama.




Składniki:
  • 1 kg papryki
  • 1 mały bakłażan (lub pół dużego, ale pieczemy cały)
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/2 - 1 papryczka chili
  • sól
  • 1 łyżka octu winnego
  • 1/2 - 1 łyżki octu balsamicznego
  • 2 łyżki oliwy

Wykonanie:
Paprykę umyć, pokroić i wyjąc gniazda nasienne.  Bakłażana umyć i nakłuć widelcem. Papryczkę chili przekroić na pół. Piekarnik rozgrzać do 200 stopni z termoobiegiem.  Warzywa ułożyć na kratce i piec około 20 minut, aż papryka będzie miała lekko brązową skórkę, a bakłażan będzie miękki (być może papryka będzie gotowa wcześniej, chili należy wyjąć po kilku minutach).  Paprykę wyjąć i przełożyć do woreczka strunowego.  Zamknąć woreczek i odłożyć aż papryka wystygnie.  Następnie zdjąć z papryki skórkę, a miąższ przełożyć do garnka.  Bakłażana przekroić na pół i wyjąć miąższ z połówki (resztę odłożyć do czegoś innego, niedługo pokażę do czego).  Dodać papryczkę chili i warzywa zmiksować, niekoniecznie dokładnie.  Dodać przeciśnięty czosnek.  Doprawić solą, dodać oliwę i podgrzewać w garnku dość często mieszając przez kilka - kilkanaście minut, aż ajvar zgęstnieje. Dodać octem winny i balsamiczny i doprawić do smaku.  Gotową pastę przełożyć do gorących, wypieczonych słoiczków (z tej ilości wychodzą 2 małe słoiczki) i zakręcić wygotowanymi, suchymi nakrętkami.  Słoiczki pasteryzować.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...