23.02.2016

City Trail - Lublin, 20.02.2016

Piąty bieg z cyklu City Trail w Lublinie.  Dla nas szczególny.  Dla dzieciaków to był czwarty bieg, który oznacza zaliczenie cyklu.  Dla syna dodatkowo - czwarte zwycięstwo w swojej grupie, czyli zwycięstwo w generalce.  Dla matki najszybszy bieg w sezonie.  Najszybszy, ale nie najprzyjemniejszy.  Zaczynamy jednak od początku.




W sobotę wiało od zalewu strasznie.  Wiało tak, że czasami odnosiliśmy wrażenie, że jest zimniej niż podczas styczniowej edycji, kiedy było ponad - 10 stopni.  Jak zwykle zaczęła córka.  Wystartowała mocno, z zacięciem na twarzy i z tym samym zacięciem (plus zmęczeniem) dobiegła do mety po 3 minutach 42 sekundach.  Na mecie brat wolontariusz wręczył lizaka, potem ciepła herbata i było już lepiej.
Po 10 start najstarszej kategorii City Trail Junior.  Syn stanął na starcie i ruszyli.  Założenia były bardzo ambitne i przynajmniej w części udało się zrealizować.  Już po pierwszym okrążeniu widać było przewagę, która delikatnie zwiększała się z kolejnymi okrążeniami.  Metę minął jako pierwszy po 7 minutach 28 sekundach.  Chciałabym umieć tak szybko biegać ;)


Tuż przed startem grupa Run Helpersów zrobiła sobie wspólne zdjęcie. Tak jak nocnej dyszce stanęłam koło Darka.  Włączyłam endo, ale GPS odmówił współpracy (przynajmniej przez pierwsze pół kilometra).  Ponieważ miałam biec koło Darka, nie wkładałam słuchawki do ucha. Polecieliśmy. Na pierwszym kilometrze usłyszałam u kogoś, że pierwszy kilometr poszedł w 4:43.  Już w tym momencie wiedziałam, że nie będzie dobrze.  To za szybko jak dla mnie na pierwszy kilometr.  Tak mogę biec ostatnie dwa, ale nie pierwszy.  Zmęczenie poczułam już mniej więcej w połowie drugiego kilometra.  Powiedziałam Darkowi, żeby dalej biegł sam, ale namówił mnie jeszcze na przyciśnięcie przez chociaż chwilę.  Chociaż prawda jest taka, że mam wrażenie, że to on zwolnił do mojego tempa.  Na trzecim, kiedy wybiegliśmy na drogę powrotną wiedziałam, że już nie dam rady i nie mogę go dłużej wstrzymywać.  Darek poleciał do przodu a ja okropnie zmęczona biegłam dalej. Opadłam zupełnie z sił i prawdę mówiąc przez chwilę zastanawiałam się czy nie stanąć.  Ale przecież to TYLKO 5 km, więc stanąć nie mogłam.  Mogłam za to odrobinę wolniej biec.  Nie wiedziałam jak wolno, ale było mi zupełnie wszystko jedno.  Mijali mnie kolejni biegacze, a ja wykrzywiałam twarz i głośno oddychałam.  Na około 500 m przed metą zobaczyłam plecy Asi.  Wiedziałam, że jej też jest ciężko.  Powoli dobiegłam do niej i biegłyśmy razem przez ostatnie 300 - 400 metrów.  Ku mojemu (i Asi) zdziwieniu wbiegłyśmy na metę z czasem brutto 25:07.  Uścisk na mecie, a ja nie mogłam w to uwierzyć.  Czas netto był 2 sekundy poniżej magicznych 25 minut.  Na tej trasie nie udało mi się to jeszcze i byłam przekonana, że nigdy mi się nie uda.  Darek zrobił życiówkę - czapki z głów, bo 24:15 na tych pagórkach to niezły wyczyn.  To był najcięższy bieg z całej serii, ale wynik zrekompensował wszystko. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...